Maszyna do szycia, szydełko, druty… były w domu od zawsze. W czasach, gdy ubrania dla dzieci nie miały takich pięknych kolorów jak obecnie, jakimś cudem znajdował się kawałek kolorowego materiału, kretonu w kwiatki, z którego babcia szyła sukienki dla wnuczek. Szydełko, druty – pamiętam, jaką miałam frajdę zwijając motki włóczki w kłębki. Oswoiłam się z nimi, próbowałam…

Moje „uszyte” ubrania, szydełkowe dodatki, nosiła lalka Fleur (chciałam mieć taką w sukni ślubnej, ale w Pewex’ie były dostępne tylko pielęgniarki. Barbie nie miałam). Doczekała się nawet długiej, wąskiej, czerwonej, welurowej sukienki z dużym dekoltem i rozcięciami.

Rzeczy  dla siebie zaczęłam robić pod koniec szkoły podstawowej. Spódnica bombka – przerobiona naprędce z długiej – na dyskotekę szkolną, spódnica „lambada” – też na podobną okazję, później ażurowe szydełkowe bluzki… Był czas uśpienia, kiedy nie robiłam nic, bo szybciej kupić, niż poświęcić czas na własne prace.

… ale odkryłam, że sprawia mi ogromną przyjemność, jeśli mogę podarować komuś prezent, który zrobiłam sama. Tzw. pierwowzory to rzeczy, które powstały z myślą o najbliższych, znajomych, prezenty na różne okazje. Nie do kupienia w sklepach, sieciówkach, wyprodukowane – jeśli nie w milionach, to tysiącach sztuk. Są w pewnym sensie niepowtarzalne… i zrobione z ogromną radością.